Mongolia: wizyta u ludu reniferów Tsaatan w sercu tajgi
To był nasz główny cel wyprawy po Mongolii. W przeciwnym kierunku do ruchu turystycznego kręcącego się po centralnej części kraju udałyśmy się na północ, do regionu Chubsuguł, na terenie którego geograficznie rozpoczyna się Syberia, a wraz z nią dzika tajga. Na tych odległych, surowych ziemiach żyje jedna z najmniejszych społeczności etnicznych na świecie – Tsaatan. Nazwa dosłownie oznacza „ludzie reniferów”. To nomadzi, którzy od pokoleń mieszkają w tajdze, w tipi otoczonych stadami reniferów. Naszym celem było dotrzeć do ich letniego obozu i poznać codzienne życie ludu Tsaatan z bliska.
Ludzie reniferów – Tsaatan
Przodkowie tej niewielkiej grupy etnicznej pochodzą z ludu z Republiki Tuwy w Rosji. W czasie II wojny światowej, gdy Stalin siłą werbował mężczyzn do Armii Czerwonej, wiele rodzin uciekało do Mongolii, nocami przekraczając granicę razem z reniferami i osiedlając się na jej terytorium. Tak też granica podzieliła rody i klany.
Odtąd parali się łowiectwem i pasterstwem. Obecnie cała populacja Tsaatan liczy około 200–250 osób (około 30 rodzin). Ludność dzieli się na dwa klany – jeden wędruje po tajdze zachodniej, a drugi po tajdze wschodniej.
Społeczność ta prowadzi nomadyczny styl życia. Muszą stale się przemieszczać (kilka razy w roku), a ich życie podporządkowane jest reniferom, które potrzebują zimna i pożywienia. Dlatego też Tsaatanowie mieszkają w tipi (a dokładnie orts). Tipi to prosta konstrukcja z drewnianych pali, na które naciągnięte jest płótno. Na środku znajduje się koza, która służy do gotowania i ogrzewania.
Tipi jest dla nich idealnym rozwiązaniem – w porównaniu z gerą jest lżejsze w transporcie, a przy zmianie obozu zabierane są tylko płótna. Kiedyś ludzie Tsaatan byli samowystarczalni. Las zapewniał im wszystko. Od kilku lat polowania z psami zostały zabronione i Tsaatan są zależni od cywilizacji. Dziś za polowania grożą kary, z więzieniem włącznie.
W ramach rekompensaty rząd wprowadził pieniężne zapomogi, za które mogą zaopatrzyć się w jedzenie i ubrania. Wcześniej wypasali renifery, gdzie chcieli, jednak obecnie – po utworzeniu rezerwatów przyrody – muszą się dostosować. Kiedyś mieli wolność, polowali, przekraczali granice (ze względu na chów wsobny, nawet podkradali renifery zza rosyjskiej granicy). Nie zmieniło się jednak jedno – nigdy nie przestali być pasterzami reniferów.
Dla ludzi Tsaatan renifery są jak rodzina, ich rola w życiu jest ogromna. Ich byt zależy od rytmu życia reniferów. Coroczne wędrówki podyktowane są zmieniającymi się potrzebami zwierząt. Dają im mleko, służą jako środek transportu, są też częścią szamańskich rytuałów. Samiec renifera uniesie nawet 80 kg ładunku. Każda z rodzin ma swoje własne stado, wśród którego ma swojego ulubionego, wybranego renifera, który bierze udział w rytuałach i jest okadzany przed długą wędrówką.
Tsaatan piją głównie mleko reniferów (tylko latem), wyrabiają też swoje produkty mleczne (sery, masło), dżemy z owoców leśnych. Jedzą kupne mięso (krowie lub baranie), nigdy nie zabijają reniferów na mięso. Bez wyjątku dzieci obowiązuje edukacja, dlatego gdy zaczyna się szkoła, matki z dziećmi przebywają w wiosce Tsagaan-Nuur. Mężczyźni zaś pozostają w tajdze z reniferami przez całą zimę, co parę tygodni schodząc do wioski.
Łączniczka z ludem Tsaatan
Nasza wyprawa do mongolskiej tajgi rozpoczęła się parę miesięcy przed wylotem. Podczas przygotowań i wertowania informacji natknęłyśmy się na przewodniczkę o imieniu Zaya (Zolzaya). Z wypiekami na twarzy czytałam historię jej życia, która mogłaby stać się gotowym scenariuszem na film. Zaya pochodzi z Mongolii i jako dziecko wyemigrowała razem z rodzicami do Stanów Zjednoczonych. Jako dorosła kobieta powróciła do ojczyzny. Podejmowała się różnych zajęć – w tym w obszarze NGO, jako tłumacz, przewodnik – aż wreszcie los zawodowo przyciągnął ją do tajgi. To właśnie tam poznała swojego męża i stała się częścią ludu Tsaatan, przyjmując także nomadyczny styl życia.
Razem z mężem (który został kierowcą) zaczęli wspólnie organizować i umożliwiać podróżnikom wizyty w wiosce Tsaatanów, tak by jak najwięcej korzyści czerpała z tego ich społeczność. Czując w trzewiach, że to jest TO, wysłałam wiadomość do Zayi i uzbroiłam się w cierpliwość, gdyż wszędzie pisano, że – mając na uwadze realia, warunki życia oraz brak zasięgu – na odpowiedź przyjdzie nam poczekać. Jakie było moje zdziwienie, gdy Zaya odezwała się już kolejnego dnia. Dogadałyśmy termin i plan naszego wyjazdu oraz rozpoczęłyśmy poszukiwania towarzyszy chcących do nas dołączyć. Nasza przygoda w tajdze miała trwać sześć dni.
Droga staje się przygodą
Czekała nas długa przeprawa, by dotrzeć do wrót Syberii, mongolskiej tajgi, a dokładnie do obozu letniego ludzi Tsaatan. Bazą wypadową dla regionu Chubsuguł jest miasto Moron, do którego doleciałyśmy z Ułan Bator. Na lotnisku poznałyśmy naszego pierwszego kompana – Johnathana z USA, zawodowego fotografa i dokumentalistę.
Z lotniska odebrał nas Pudże (mąż Zayi) i razem udaliśmy się do supermarketu, by zaopatrzyć się w prowiant, gdyż wyżywienie podczas pobytu w wiosce było na własną rękę (nie objadamy cennych zapasów nomadów). Wskazówka Zayi była prosta – kupcie suchy prowiant. Byłyśmy częściowo przygotowane, mając ze sobą posiłki liofilizowane (świetnie sprawdziły nam się gotowe posiłki od polskiego producenta Lyofood). Nie zdały egzaminu za to gotowane jajka i banany. Po 6 godzinach jazdy konno została z nich miazga.
W międzyczasie dołączył do nas kolejny kompan – Joan z Hiszpanii, doświadczony podróżnik, bloger oraz właściciel nietuzinkowego biura podróży. Będąc już w pełnym składzie, zjedliśmy w najlepszej knajpie w Moron i ruszyliśmy ku przygodzie. Czekały nas dwa dni w aucie po wyboistych bezdrożach, dzień przeprawy na koniach, by dotrzeć do wioski. Program przewidywał także zero prysznica!
Po dobrych kilku godzinach jazdy dotarłyśmy do wsi Ulaan-Uul, gdzie czekał na nas ciepły posiłek i nocleg w pensjonacie. Nasza czteroosobowa ekipa zaczęła się zgrywać. Następnego dnia kontynuowaliśmy przeprawę totalnym off-roadem, by wreszcie dostać się do ostatniej wioski z dobrami cywilizacji – Tsagaan-Nuur. Ta wieś stanowi wystarczającą bazę dla rodzin Tsaatan. Jest tu szpital, szkoła, apteka, bank oraz bar karaoke!
Tutaj nastąpiło spotkanie, na które wszyscy czekaliśmy – poznaliśmy osobiście Zayę. Przewodniczka, która na co dzień żyje w tajdze przeważnie jest obecna na miejscu, będąc zarówno gospodarzem, jak i tłumaczem w swojej społeczności. Niestety, Zaya nie mogła pojechać z nami, gdyż niedawno urodziła córkę o przepięknym imieniu Namuun (po mongolsku znaczy pokój, spokój). Dostaliśmy więc solidną dawkę wiedzy, odprawę oraz wiele wskazówek, co możemy robić podczas pobytu. Główną radą była zachęta, by ośmielić się i angażować w życie społeczności – co ludzie Tsaatan z pewnością docenią.
W stronę tajgi
Następnego ranka wyruszyliśmy odbyć już ostatnią prostą w stronę obozu letniego w tajdze wschodniej. Pudże podrzucił nas do domu swojego brata, który miał poprowadzić naszą konną karawanę. Zapakowaliśmy niezbędne minimum do sakw, które miały nieść konie. Czekało nas 30 kilometrów w siodle przez tajgę oraz góry, które mieliśmy przejechać w sześć godzin!
Zaya opowiadała nam, że jest to najbardziej wymagający etap podróży i powód, dla którego zgłaszają się do niej tylko zdeterminowani i świadomi podróżnicy. Cała wyprawa wymaga kondycji i gotowości na surowe warunki. Spędziliśmy obiecane sześć godzin w siodle, niemal bez przerwy! Nasze europejskie ciała odczuwały to dobitnie (ja momentami nie czułam kolan), jednak spoglądając co rusz na jadących z nami Mongołów, nie widać było u nich cienia dyskomfortu. Cóż, ta subtelna różnica, że oni już jeżdżą konno zaraz, jak nauczą się chodzić.
Po kilku godzinach w słońcu, deszczu i gradzie, po odganianiu końskich much, w absolutnym zmęczeniu i jeździe na wyczerpanych bateriach, ujrzeliśmy wreszcie tipi w oddali.
Pobyt w obozie letnim
Zmęczone, ale podekscytowane, rozglądałyśmy się, podziwiając renifery przemieszczające się po terenie całego obozu. Duże i małe, o różnej szacie, potężnych porożach oraz rozkoszne miesięczne cielaki. Dziesiątki futrzanych towarzyszy z kolorowymi wstążkami u szyi (każda rodzina znaczy swoje stado). Charakterystyczne chrumkanie i chrząkanie tych zwierząt to dźwięki, które pozostaną zawsze istotną częścią wspomnień.
Konie oddaliły się na zasłużony odpoczynek, a nasi gospodarze pokazali nam nasze tipi, gdzie mogłyśmy się rozgościć. Zgodnie ze wskazówkami Zayi całą żywność powiesiłyśmy w tipi, by chronić swoje zapasy przed psami. Mimo że była to już końcówka czerwca, napalono nam w kozie i – jak się później przekonałyśmy – dokładać do ognia trzeba było całą noc.
Nasz pobyt w tajdze przypadł na najdłuższe dni w roku, miałyśmy więc dużo czasu, by przespacerować się i zebrać pierwsze wrażenia. Ogromna przestrzeń, łąka pomiędzy górami, położona w pobliżu górskiego strumienia. Na polanie znajdowały się tipi rodzin oraz zagrody dla reniferów. Kobiety doiły swoje renifery. Jeden z mężczyzn bawił się ze swoją pociechą, która stawiała pierwsze kroki w siodle renifera. Cały teren spowity był powoli zachodzącym słońcem. Ta sceneria byłaby idealną inspiracją dla twórców Disneya. Kolejna disneyowska przygoda koniecznie z główną bohaterką – dziewczynką i jej reniferem.
Po tak magicznym przywitaniu z wioską mogłyśmy już zalegnąć na naszych pryczach, zwinąć się w gruby śpiwór (dziękuję Cumulus za pomoc – Wasz puch sprawdził się znakomicie) i się regenerować. Przed nami były całe dwa dni w wiosce, poza zasięgiem, na krańcu świata!
Trafiłyśmy na obóz letni, sezon mleczny, który – jak się okazało – jest najlżejszym okresem w roku. Renifery wypasają się same, mając tu ogromną przestrzeń. Nie trzeba iść wiele kilometrów w poszukiwaniu pastwiska. Czułyśmy i widziałyśmy, jak Tsaatan troszczą się o swoje renifery. Kobiety zajmowały się dojeniem łań. Wystarczyło trochę śmiałości, a gospodynie z chęcią przyjęły naszą pomoc. Spróbowałam swoich sił i wydoiłam łanię. Jak się okazało, nie było to łatwe zadanie, a moja kanka wypełniła się mlekiem bardzo powoli. Mogłam poczuć na własnych dłoniach trud tej czynności, ale i to, jak tłuste jest ich mleko. Mogłyśmy także spróbować mlecznych przetworów i wypieków. Pajda chleba z masłem i cukrem to prawdziwy rarytas.
Brakowało nam na miejscu przewodniczki Zayi. Bariera językowa tworzyła dystans, trzeba było nie lada chęci, by wejść w kontakt. Najłatwiej było znaleźć wspólny język z dziećmi, które bez żadnych barier wchodziły z nami w interakcje. Jednak kolejne pytania się nasuwały, a brakowało nam też kontekstu. Rozwiązanie przyszło samo. Codziennie około południa cała wieś zbiera się w jednym miejscu na spotkanie ze światem. Po kilku sytuacjach nagłych, niestety też z tragicznym końcem, rząd Mongolii sfinansował społeczności Starlinka, by nie byli odcięci od reszty kraju i przede wszystkim mieli możliwość wezwania pomocy. To ciekawy obrazek – moment, gdy tradycja spotyka się z cywilizacją.
Rodziny łączą się ze swoimi bliskimi. Na spotkaniu wokół Starlinka poznałyśmy antropologa z Turcji, który żył między Tsaatanami i prowadził swoje badania. Badacz z dobrej woli zaproponował, że zostanie naszym tłumaczem. W jego towarzystwie odwiedziłyśmy zasłużoną, wiekową szamankę, która jest autorytetem i ważną postacią dla całej społeczności. Powróżyła nam i starała się poprawić naszą kondycję fizyczną, która po zimnych nocach niestety poległa przeziębieniem. Antropolog, który spędził z nimi już prawie rok, opowiedział nam wiele o ich życiu, obyczajach i ciężkich warunkach, w jakich przyszło im żyć, co zdecydowanie uzupełniło nam całt kontekst.
Tuż przed naszym wyjazdem kobiety z wioski przybyły pod nasze tipi, by wystawić swój market z rękodziełem – głównie z poroży. Była to też świetna okazja, by wesprzeć społeczność, której przetrwanie tu wcale nie jest łatwe.
Przebywając tu, trzeba trochę wyłączyć zachodnią głowę, która chciałaby punkt po punkcie realizować wszelkie możliwe „aktywności”. Tu czas i życie toczy się według swojego rytmu, w harmonii z przyrodą i oczywiście kopytnymi towarzyszami. Trzeba zdać sobie sprawę, że możliwość spędzenia paru dni pośród rodzin Tsaatan to przywilej – możliwość obserwacji ich prawdziwego życia i, jeśli tylko chcemy, włączenia się w ich codzienne prace i obowiązki. To także doskonała okazja, by zatrzymać się, uważnie chłonąć każdą chwilę i połączyć się się naturą.
Dziękuję Ci, Monika, za kolejną niezapomnianą wyprawę, za inspiracje, wsparcie i za to, że potrafisz uchwycić w obiektywie to, czego słowami opisać się nie da. Większość zdjęć w tym wpisie to Twoja zasługa – zajrzyjcie koniecznie na @qlerka, by zobaczyć więcej jej wyjątkowych kadrów.
















































