Norwegia,  Outdoor,  Wojaże

Tromsø

Wizzair, wstrzelił się w dziesiątkę, otwierając w grudniu 2017 r. nowe połączenie z Gdańska do stolicy norweskiej północy – Tromsø. Latając dwa razy w tygodniu, w soboty i wtorki, udostępnił bezpośrednie połączenie umożliwiające przelot za Koło Podbiegunowe. Poddając się zimowemu uniesieniu, podjęłam spontaniczną decyzję – ruszyłam i ja! Polecieliśmy więc poczuć trochę zimna, ale przede wszystkim odwiedzić dobrą koleżankę, totalnego skandynafila – Natalię.

Gdańsk, lotnisko im L. Wałęsy. Chwila przed odlotem.

Tromsø, to siódme co do wielkości miasto Norwegii, położone na wyspie Tromsøya. Jest unikalnym miejscem spełniającym oczekiwania miłośników przyrody, historii, kultury i sztuki.

Historia miasta ma swój początek datowany na 1794 r. Tromsø od zarania swoją sławę zawdzięcza początkom polarnych ekspedycji. To stąd ruszały wyprawy naukowe, turystyczne i polowania w rejony Arktyki. W latach 60-tych ubiegłego wieku, Tromso przeżyło rozkwit społeczny, do czego niewątpliwie przyczyniło się otwarcie Uniwersytetu i Norwegian Polar Institute.

Tromsø jest idealną bazą wypadową do urządzania polowań na zorzę polarną, co stanowi główny wabik na turystów z każdego regionu świata. Położenie na 69 szerokości geograficznej umożliwia obserwowanie zjawiskowych spektakli tańczącej kapryśnicy, jaką niewątpliwie jest Aurora (na półkuli północnej znana jako Aurora borealis). W okresie od września do końca marca dobra widoczność na niebie pozwala na przeżycie tego zjawiska przyrodniczego na własnej skórze. Jednakże, by nacieszyć oczy tymi świetlnymi ewolucjami, kilka warunków musi zostać spełnione. Samo zjawisko zorzy zależy głównie od aktywności słońca. Klarowne, bezchmurne niebo sprzyja świetlnym widowiskom. By zwiększyć szanse na spotkanie z zorzą, należy uciec od zgiełku miast, czyli chociażby wsiąść w miejski autobus i oddalić się poza miasto. Z pewnością warto uzbroić się w cierpliwość, uważnie śledzić prognozy (do jednych z nich należy http://norway-lights.com), które zmieniają się z godziny na godzinę. Znawcy tematu posługują się wskaźnikiem KP, który wskazuje jak bardzo na południe będzie widoczna zorza. W mieście wielu tour operatorów oferuje zorganizowane wyjazdy na polowania na zorzę. Agencje wycieczki zaczynają około godz. 19, wtedy to bus pełen turystów rusza i krąży po Północy, w promilu nawet 200 km (jak trzeba, to zabiorą nas i do Finlandii), do około 1-2 w nocy, by uchwycić spot, gdzie zorza pokaże się w pełnej krasie. Na taką przyjemność możemy pozwolić sobie opróżniając naszą kieszeń z ok. 1200 NOK. Nam podczas 3-dniowego pobytu, zorza pokazała ledwie cień swoich możliwości, rozjuszając tylko ciekawość, by jeszcze tu wrócić.

Plecaku spakuj się…

Planując wyjazd założyliśmy wspólnie, że wypad będzie krótki (wybraliśmy się w połowie lutego 2018 r.), niemniej intensywny, więc z początku stwierdziliśmy, że bagaż podręczny będzie wystarczający na nasze potrzeby. Chcąc nie nadszarpywać budżetu, co wyjeżdżając do kraju skandynawskiego wydaje się trudne do osiągnięcia, dokonaliśmy starań, by ograniczyć wydatki i całą konsumpcję turystyczną do minimum:) Zgodnie z planem zabraliśmy sporo prowiantu z Polski i posiłki przygotowywaliśmy na miejscu. Jak się później okazało, ostateczne polecieliśmy z bagażem rejestrowanym 🙂 Dokupując bagaż wyszło nam korzystniej, niż robiąc małe zakupy spożywcze na miejscu. Wybierając się do Norwegii, dobrze sprawdzić listę towarów i dóbr, które można wwozić do kraju, by zaoszczędzić sobie zbędnych stresów na lotnisku. Dla przykładu przewóz alkoholu jest szczegółowo obostrzony.

Celem naszego wyjazdu były głównie aktywności outdoorowe tj. lekki trekking oraz psie zaprzęgi. I tu się właśnie zaczęło całe planowanie. Pamiętając z geografii, skojarzenia same przychodzą do głowy, skoro Koło Podbiegunowe, to tam już klimat winien być polarny! Wbrew logicznemu założeniu, klimat w Tromsø jest łagodniejszy niż można by się spodziewać. Odpowiedzialny za to jest Golfsztorm, czyli ciepły prąd Zatokowy, stąd wody wokół wysp nie zamarzają, a temperatury podczas zimy oscylują od kilkunastu poniżej zera po dodatnie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że będziemy spędzać na dworze niemal cały dzień, dobór stroju i ewentualny sprzęt był więc kluczowy. Zaczerpnęliśmy rady u obznajmionej  z miastem i doświadczonej Natalii i za jej wskazówkami, postanowiliśmy przygotować się trochę na wyrost, opierając się na starej, dobrej zasadzie – na cebulę. Zasada góra – 3 warstwy, dół – 2 warstwy sprawdziła się w punkt. Niewątpliwie przydała się bielizna termiczna, wełniane rajstopy, skarpety wełniane (narciarskie), kilka par rękawiczek, spodnie z membraną (soft/hardshell) i ciepła puchówka. Kwestia ubioru wydaję się być prozaiczna, jednak nawet w przewodniczku wydawanym przez lokalną Informację Turystyczną (https://www.visittromso.no/en/) znalazły się wskazówki tips&tricks jak się ubrać:) Norwegowie zalecają i twierdzą, że nic tak nie sprawdza się w ich klimacie jak prawidza wełna. Jest to nielada okazja by zaopatrzeć się wełnianą odzież sportową, której jest tu ogromny wybór.

Kolejną zagwostką był sprzęt. Brać czy nie brać? Z lekką dozą obawy przed rozbawieniem lokalnych mieszkańców, zabraliśmy jednak raki górskie, stuptuty i kije trekkingowe. Nie powiem epizod z przysporzeniem tubylca o wielkie oczy widzącego nas zakładających raki, był niezapomniany:) Z perspektywy, godną polecenia rozwiązaniem dla osób chcących pójść na trekking, jest zaopatrzenie się na miejscu w raczki, które są ogólnie dostępne, nawet w aptekach. Najprostsze i najtańsze modele to małe kolce na gumkach.

Warto nadmienić, że organizatorzy większości wycieczek fakultatywnych (np. psich zaprzęgów) zapewniają kompletny strój od kombinezonu, po buty i czołówkę. Warto natomiast zabrać ze sobą jakiekolwiek odblaski na odzież, gdyż Norwegowie szanują swoje przepisy i po zmroku chadzają odblaszczeni.

Ruszyliśmy!

Zatrzymaliśmy się, dzięki zaproszeniu i uprzejmości Natalii, w jej małym drewnianym norweskim domku na sąsiedniej wyspie Kvaloya. Przylecieliśmy późnym wieczorem, niestety tuż po tanecznych pląsach Aurory, i udaliśmy się prosto na wyspę.

Ogromne wrażenie, zrobiły na mnie nieduże, minimalistyczne, drewniane norweskie domki pozbawione płotów i ogrodzeń. Chyba nie tylko mnie urzeka minimalizm i prostota w podejściu do architektury mieszkańców Skandynawii. Ogromne okna nieskalane firanami czy żaluzjami przyciągają uwagę. Norwegowie, którzy przez większość roku słońca mają jak na lekarstwo, doceniają i łapią każdy jego prześwit. Przekonali mnie!

Co rzuciło się w oczy

Podróżując, zwracam uwagę na wiele detali, wyłapuje drobne rzeczy jak np. różnego rodzaje udogodnienia (czasem i utrudnienia w moim mniemaniu) w życiu codziennym. W Norwegii doceniłam rozwiązania na ujarzmianie zimy. Norwegowie korzystają z prostych i skutecznych rozwiązań. Drogi, chodniki czy ścieżki wysypane są drobnym grysikiem, zamiast solą drogową czy piaskiem. Widząc żwirek pod butami, czuje się pewny grunt, choćby byłby to tęgi lód. Poruszając się po mieście, można usłyszeć charakterystyczny stukot kół. Norwegowie jako bystry naród, jeżdżą typowymi osobówkami klasy średniej (w samej Warszawie widuję więcej aut 4×4), które przysposabiają w opony z kolczastym bieżnikiem. Mała rzecz, a zdaje egzamin!

Mam wrażenie, że tak samo jako o kluczach, portfelu i telefonie, pamięta się tam też o raczkach! Kolce, raki w różnej postaci dostępne są na każdym rogu. W moje ręce wpadły też specjalne mini raczki na szpilki czy obcasy. Hit..

Więcej fotorelacji oraz co udało się nam zobaczyć i przeżyć w Tromsø już niebawem…

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *