Izrael,  Wojaże

Tel Awiw, jak go ugryźć?

Do niedawna do podróży do Izraela zniechęcały ceny biletów i niemałe dla Polaka ceny na miejscu. Postanowiliśmy znowu spiąć się w mały budżet i spróbować. Filowaliśmy i wreszcie przyatakowaliśmy bilety od Wizzaira (za osobę w obie strony wyszło nam dokładnie 261 zł) i klamka zapadła. Cztery dni w kwietniu 2018 r. spędziliśmy w Izraelu.

Wylatywaliśmy w piątek, co nie jest bez znaczenia w kraju, w którym dominującą religią jest judaizm. Na kilka tygodni przed wylotem, dostaliśmy informację o zmianie godziny wylotu. Strzał w dziesiątkę, nasz lot przesunięto o pare godzin wcześniej, co oznaczało dla nas przylot przed zachodem słońca…Uff może nam się uda wydostać z lotniska 🙂 W piątek po zachodzie słońca, rozpoczyna się Szabat, czyli świąteczny dzień odpoczynku. Zasady obowiązujące w czasie Szabatu są pieczołowicie ustalone. Mimo to, że Tel Awiw jest bardziej liberalnym miastem i zdecydowanie obchodzi się go tu z większym dystansem, ale mieszkańcy z tego powodu chociażby wcześniej kończą pracę w piątek. Dla nas kluczową informacją, był fakt, że w czasie Szabatu ograniczony zostaje transport publiczny. Planując wyjazd, dobrze wziąć na to margines i upewnić się o możliwości dojazdu w czasie Szabatu.

Jednak zanim zdążyliśmy jeszcze postawić nasz nogi na izraelskiej ziemi, w momencie przekroczenia ich strefy powietrznej, załoga pokładowa poinformowała pasażerów o ostatniej szansie ze skorzystania z toalety, gdyż zgodnie z literą tutejszego prawa sygnalizacja zapiąć pasy zostanie włączona do momentu lądowania. Nie powiem, wywołało to nasze lekkie zdziwienie miejscowymi zasadami bezpieczeństwa. Wreszcie wylądowaliśmy na lotnisku Ben Guriona w Tel Awiwie.

Nieco podekscytowani po przylocie, szybko zostaliśmy poinformowani, że dzisiejszego dnia pociągi do Tel Awiwu z przyczyn technicznych nie kursują, ale że mamy zapewnioną (darmową!) komunikację zastępczą w postaci autobusu. Wskoczyliśmy w autobus, opuściliśmy rozległe tereny lotniska i nie minęła dłuższa chwila, jak na pustynnym krajobrazie, zaczęły wyłaniać się przedmieścia Białego Miasta – Tel Awiwu!

Gdy dotarliśmy na dworzec autobusowy, gdzie kończyła się nasza podwózka, było około godziny 15, centrum miasta wyglądało na wyludniałe. Nie chcąc tracić ostatnich godzin słońca, zamiast do hostelu, udaliśmy się w stronę wody, na plażę! Przechadzając się po ulicach centrum byliśmy zaskoczeni ilością zieleni, skwerków, parków, zdając sobie też sprawę, że aby nawodnić roślinność w takim klimacie, trzeba się suto wysilić. W obszarach zieleni wreszcie napotkaliśmy miejscowych. Grupki młodych ludzi rysujacych czy piknikujących między drzewami. Dużo nie było trzeba się rozglądać, by rozpoznać dominującego stylu zabudowy, którym jest bauhaus…

Początki Białego Miasta

Tel Awiw powstał na wydmach, a jego początki sięgają niewielu ponad 100 lat. Jafa, jeden z najstarszych portów świata o istotnym znaczeniu w tym rejonie basenu Morza Śródziemnego, potrzebował już oddechu ze względu na przeludnienie. Postanowiono założyć nową osadę – miasto, które z założenia miało być modernistyczne i dorównywać zachodnim standardom. Padł więc pomysł: wybudujmy więc miasto na pustyni! Zakupiono zatem ziemie na północy od Jafy, którą podzieloną na parcele i rozdzielono drogą losowania pośród 60 rodzin, tworząc nowe osiedle. Z założenia miasto miało być luksusowe, przepasane ogrodami i zielenią, z rozłożystymi arteriami. Tu też kryje się nazwa miasta, które z hebrajskiego znaczy wzgórze wiosny. Tel Awiw oficjalnie stał się samodzielnym miastem w 1923 r. W  latach 30-tych zaczęły powstawać pierwsze białe domy zaprojektowane zgodnie z ideą bauhaus. Odpowiedzialni za to byli niemieccy architekci, uciekinierzy z kraju, którzy przywieźli i zaadaptowali tu prosty i minimalistyczny, a przede wszystkim funkcjonalny styl, który podziwiać można po dziś (dla architektonicznych geeków, organizowanych jest wiele walking tourów o tej tematyce). W latach 50-tych to nowe miasto, wchłonęło o kilka tysięcy lat starszą Jafę. Miasto rozwijało się w zaskakującym tempie. Można rzec, nomen omen, Tel Awiw rozkwitał! Dzisiaj można uczciwie stwierdzić, że pomysły założycieli są wciąż aktualne, Tel Awiw jest modernistyczną aglomeracją, siedzibą biznesu i nowych technologii, ale i miejscem wytchnienia i wspaniałym miejscem do odpoczynku. Jedyny szkopuł, to fakt, że do tanich nie należy.

Pierwsze wrażenia…

Wróćmy jeszcze na tę plażę! Przecieliśmy park z placem zabaw oraz promenadę, i już bose stopy zaczęły odciskać ślady na piasku. Wyciągnęliśmy kocyk (podręczna, zwijana Quechua, która jest z nami na każdym wyjeździe, czy góry czy morze) i założyliśmy obozowisko 🙂 Wreszcie nadeszła chwila odpoczynku, po którą tu przylecieliśmy. Zorientowaliśmy się po chwili, że wylądowaliśmy na plaży dla homoseksualistów. Nie zdążyliśmy jeszcze odczuć jak swobodny i tolerancyjny jest Tel Awiw w tej kwestii. Po chwili na naszym kocyku pojawił się mały kundelek i położył się u Dawida boku. Psy to kolejny nieodłączny element i pełnoprawni mieszkańcy Tel Awiwu. Po chwili na horyzoncie pojawiła się też właścicielka czworonoga. Kobieta zafrapowana, jaką sympatią i zaufaniem jej pies obdarzył Dawida, od razu nas zagadnęła. Jak tylko padło z naszych ust, że jesteśmy z Polski, kobieta zapytała od razu: ‘’a lubicie swojego prezydenta?’’. Wtem zaczęłą się dyskusja z polityką i stosunkami między krajami w tle. Nie było nawet cienia agresji, tylko fajna wymiana odczuć i zdań obu stron. Kobieta podzieliła się też swoimi losami, młodością spędzoną w Szwajcarii i decyzją o emigracji do Izraela. Opowiedziała nam też trochę o życiu w Tel Awiwie i jego mieszkańcach. Z ogromnym zdziwieniem słuchaliśmy, gdy relacjonowała, jak brakuje tu życzliwości i serdeczności międzyludzkiej. Miejscowi zwracają się do siebie gburowato i opryskliwie. Z przekonaniem twierdziła, że gdybyśmy tylko rozumieli język hebrajski, słysząc język uliczny, więdły by nam uszy co chwilę. Po jej stwierdzeniu, bardziej zaczęliśmy się im przyglądać, i po samej mowie ciała, interpretowaliśmy ich relacji jako powiedzmy kwalifikujące się do poprawy :). Swoją wypowiedź podsumowała słowami, które pamiętam do dziś. Skwitowała, że w następnym życiu, chciałaby być gejem mieszkającym w Tel Awiwie, bo tutaj jest ich istny raj na ziemi. Z biegiem czasu utwierdzaliśmy się ile prawdy jest w tym porównaniu. Piesek z lekką dozą niezdecydowania, ruszył dalej za swoją panią. Gdy zaczęło zmierzchać, a temperatura lekko spadłą, powędrowaliśmy w stronę naszego przybytku, gdzie mieliśmy tego dnia zarezerwowany nocleg.

Nocleg

Zgodnie z naszymi przyzwyczajeniami wyjazdowymi, w Izraelu na zakwaterowanie wybraliśmy hostel. Ostateczny wybór padł na fest zorganizowaną sieć Abraham Hostel (https://abrahamhostels.com/), która dysponuje aż trzema lokalizacjami w Izraelu (Tel Awiw, Jerozolima oraz Nazaret). Byliśmy na tyle zadowoleni z ich usług i dogodnej lokalizacji, że cały wyjazd korzystaliśmy tylko z noclegu spod ich bandery. Hostel Abraham w Tel Awiwie jest na pierwszy rzut oka ogromnym molochem i chyba największym takim obiektem w jakim nocowałam. Mimo takiej ilości łóżek, hostel ma dobrze zorganizowaną przestrzeń, ogromną kuchnię, wiele miejsc do wypoczynku (w tym taras na dachu), że w ogóle nie odczuwaliśmy ogromnej liczby gości. Po zameldowaniu załapaliśmy się na kolację szabatową. Każdego dnia i wieczora dużo się tu dzieje (prócz kolacji szabatowej w piątek, pub crawl i inne formy rozrywki). Ponadto dbają tu o przyjemne detale takie jak stopery do uszu. Mają oni także swoją własną ofertę wycieczek oraz linię shuttle busów, kursującą między trzema lokalizacjami. Ważną informacją jest też to, że jako gość, w każdej innej lokalizacji Abrahama możemy liczyć na zniżkę podczas noclegu (informacja sprawdzona – dostaliśmy rabat).

miejsca na wypoczynek w Abraham Hostel nie brak

Aleja Rotschilda

Zanim udaliśmy się do naszego 4-osobowego dormu (ok. 100 zł za osobę za noc ze śniadaniem, z pyszną chałką), przeszliśmy się jeszcze główną aleją Rotschilda, by upewnić się czy Tel Awiw  rzeczywiście nie zasypia, jak zapewniają przewodniki. Aleja Rotschilda to szeroki, rozłożysty bulwar z pasem zieleni na środku, w którym nie brakuje ławek, a nawet hamaków. Wokół tej głównej arterii, usytuowane są wille i majętne domostwa z tarasami i balkonami, na których bardzo często Izraelczycy zakładają małe ogrody. Spacerowaliśmy wśród Izraelczyków, dla których jako południowców, to ewidentnie dobra pora na wyjście na miasto. Ponad naszymi głowami kręgi zataczały tuziny nietoperzy!

Jeden dzień w Tel Awiwie

Na sobotę zaplanowaliśmy zwiedzanie Jafy oraz plażowanie, gdyż już wieczorem mieliśmy przemieścić się autobusem do Jerozolimy. Jako, że w Tel Awiwie prócz białych samochodów, zewsząd prują rowery, hulajnogi, zarówno elektryczne jak i manulane, postanowiliśmy przemieszczać się tak jak oni. Wypróbowaliśmy ichniejszy system rowerów na minuty – Tel-O-Fun (https://www.tel-o-fun.co.il/en/). Oswojenie się z tym systemem wypożyczania nie należało do łatwych. Byliśmy już bliscy poddania się, ale po kilku próbach udało się (istotna okazała się reguła, że na jedną kartę można wypożyczyć tylko 1 rower). Zapakowaliśmy się na ciężkie, zielone rowery i popedałowaliśmy w stronę Jafy.

Jafa – starodawny port

Stare miasto Jafa usytuowane jest na wzgórzu i chociaż od ponad pół wieku jest częścią Tel Awiwu, w wielu aspektach jest zupełnie odmienne. Różnice widoczne są chociażby w architekturze zabudowy, czy samych mieszkańcach, których spora część jest pochodzenia arabskiego. Jafa sprawiała na nas wrażenie osobnego reliktu, odrębnego bytu, który sam w sobie jako kompleks został wpisany na listę UNESCO. Dotarliśmy na miejsce i od razu zauważyliśmy, że to tu głównie kierują się turyści, wyrzucani masowymi desantami z autokarów. Stare miasto jest pieczołowicie zadbane i utrzymane w pięknym stylu. Wśród obiektów, które warto zobaczyć wymieniłabym meczet, plac Kedumim, na którym stoi Kościół św. Piotra i ogrody Ha-Pisga, z których ciągnie się malownicza panorama Tel Awiwu. Sprawdziliśmy też, jak dziś wygląda sam port, który niegdyś miał kluczowe znaczenie gospodarcze. Dzisiaj jest to już tylko niewielka przystań dla jachtów i łodzi rybackich. Gdy przedreptaliśmy już główne punkty, nabraliśmy ochoty, by oddalić się od wymuskanej starówki. Cofnęliśmy się do Wieży Zegarowej i ruszyliśmy w stronę części targowej, a dokładnie na pchli targ. To istny raj dla miłośników bibelotów i poszukiwaczy skarbów i perełek. W małych kramikach można było natknąć się na bogaty asortyment. począwszy od garnków, mebli, urządzeń AGD i na koniku na biegunach kończąc. Wokół targu roi się od malutkich knajpek i kawiarenek. Po krótkiej turze, przyszedł czas na plażowanie, więc udaliśmy się promenadą biegnącą wzdłuż wybrzeża na zasłużone słoneczne kąpiele!

Ogrody Ha-Pisga
Jeden z kramów na pchlim targu

Plaże

Tel Awiw wśród swoich atutów ma przede wszystkim szerokie, piękne plaże. Niecodzienne jest to, że pomyślano tu o każdym możliwym plażowiczu. Wyjątkowa jest na pewno plaża dla ortodoksyjnych żydów, na którą kobiety i mężczyźni przychodzą w różne dni tygodnia. Oprócz tego, społeczność LGBT również doczekała się swojej plaży, na którą przypadkiem udało nam się trafić. Plaże w Tel Awiwie są ogólnodostępne, bezpłatne i z pełną plażową infrastrukturą (natryski, leżaki czy parasole do wypożyczenia). To co od razu zyskało moją aprobatę, to fakt że psy na plażach są mile widziane. Byłam totalnie pozytywnie zaskoczona widokiem ganiających się i hasających po brzegu czworonogów i zarazem plażowiczów, którzy w pełni akceptowali ich obecność. Izraelczycy swoją psiarską naturą już mnie kupili! Psy w Tel Awiwie doczekały się nawet swojej własnej plaży – Tel Baruch Doggie Beach  jest typowym miejscem na psie schadzki, wygłupy i zabawy.

Oddawaliśmy się już błogiemu plażowaniu, gdy moje uszy zaczęły zbierać niezidentyfikowane dźwięki. Tuk, tuk.. Tuk! Z każdej strony na plaży rozchodzi się stukot piłeczek odbijanych drewnianą rakietką. To makot! Ulubiona aktywność plażowa Izraelczyków. Trzeba przyznać, jest to nacja, która nie usiedzi na kocu zbyt długo. Miejscowi lubią spędzać czas aktywnie. Na plaży też zdecydowanie utwierdziliśmy, że Izraelczycy to naród, który niesamowicie dba o kondycję i tężyznę fizyczną. Nie sposób spotkać osoby zmagającej się z nadwagę, znakomita większość ma BMI w normie. Męskie czy damskie sześciopaki to całkiem pospolity widok. Muszę przyznać, że damska część będzie miało na kogo popatrzeć, gdyż płeć brzydka nie jest tam wcale taka brzydka. Izraelczycy to bardzo urodziwy naród. Uwielbiają się ruszać. Mijaliśmy ogrom osób uprawiających sport taki jak bieganie, jazda na rowerze i różne inne aktywności.

Po kąpielach słonecznych, przegryzieniu falafela w napotkanym barze, chcieliśmy jeszcze przedreptać drugą po Rotschildzie ulicą Tel Awiwu, czyli Allenby Street. Aleja obfituje w liczne, trochę zaniedbane, przedwojenne kamienice. Pełno tu też różnorodnych butików i knajpek. Krocząc ulicą Allenby’ego warto zapuścić się do pobliskiego targu Karmel. My niestety widzieliśmy to targowisko w czasie Szabatu, kiedy nie tętniało pełnią życia, a sprzedawcy raczej sprzątali swoje miejsca pracy. Jak czytaliśmy, poza Szabatem warto tam wpaść po świeże owoce czy warzywa, czy chociaż napełnić nosy ich zapachami, a oczy kolorami.

Odczucia po całym dniu

Tel Awiw, jak się później okazało jest miastem będącym trochę w kontrze do całego Izraela. Wolność, tolerancję i swobodę odczuwa się tu na każdym kroku. Widać to na przykład po swobodzie stylu ubierania, odkrytych ciałach i ekspresji. Przyjeżdżając tu nie należy nastawiać się na intensywnie zwiedzanie. Ze względu na niedługą historię, miasto nie kryje w sobie dużo zabytków. Stwarza ono natomiast idealne warunki aby odpocząć, oddawać się przyjemnościom i dobrze zjeść. Pod warunkiem, że mamy trochę szekli za pazuchą, możemy spędzić tu niezapomniany urlop!

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *