Norwegia,  Outdoor,  Wojaże

Psie zaprzęgi szczęścia

Pierwszy dzień w Tromsø zaczęliśmy dosłownie pewną parą. Parą z psich łap… Obudziło nas piękne słońce, lekki mróz za oknem i mokry język Pjokkena… Pjokken to tytułowany senior rasy husky, weteran wyścigów psich zaprzęgów, który na emeryturę został przeniesiony z psiej farmy na domowe pielesze. Pierwszej nocy Pjokken przeżywał dosłownie szok adaptacyjny, jak i znosił szok temperaturowy, leżąc przy kominku i wzdychając za mrozem, śniegiem i całą futrzaną watahą.

Dzięki zaproszeniu Natalii wyruszyliśmy na farmę Arctic Adventure Tours, by spędzić tam cały dzień z psami. Ta rodzinna firma organizuje wycieczki psich zaprzęgów (jak i wiele innych atrakcji, takich jak polowanie na zorze) od lat. Codziennie w sezonie zimowym odbywa się kilka wycieczek, a od marca do kwietnia organizowane są tury tygodniowe z psami po Północy Norwegii.

Dotarłszy na miejsce, wprost przeciwnie do swoich wyobrażeń o rasie trudnej do wychowania, ujrzałam łagodną gromadkę, liczącą sobie nota bene 123 osobniki, szczęśliwych, ułożonych husky. Jak na husky, istne oazy spokoju, przynajmniej gdy wypoczywają. Nie wychodziłam ze zdumienia, jaki tam panował spokój! Po wyjaśnieniu Natalii wszystko stało się jasne. W hierarchii tego stada, to człowiek pełni rolę samca alfy. Ogromny wysiłek i energia poświęcane są psom już od szczenięcia. Dzięki takiemu wychowaniu psy znają swoje miejsce w stadzie. Zespół młodych ludzi z różnych stron świata, opiekujących się farmą i przewodniczący zaprzęgom zna wszystkie psy nie tylko z imienia, ale i ich upodobań, predyspozycji biegowych. Co więcej, każdy z zespołu wie dokładnie z kim dany pies lubi biegać, za kim nie przepada i jakie są między nimi koligacje rodzinne. Gdy podchodziliśmy do każdego gagatka z osobna, każdy łasił się na głaski i tulił. Można by powiedzieć, że charakterek łagodnego retrievera w ciele husky!

Farma Artic Adventure Tours

Naszą aktywność rozpoczęliśmy od wyprowadzenia starszych piesków, które na skutek przebiegniętych tysięcy kilometrów nabawiły się sztywności mięśni i zasłużyły na godną emeryturę:) Co wcale nie wyklucza ich dzikiej chęci, by biec! Padło na trzech szczęściarzy – Cosmo, Lykke (nor. szczęście) i Jotka. Z czystą premedytacją moją towarzyszką spaceru została Lykke, na pozór suka o delikatnej posturze i spokojnym temperamencie. Nałożyliśmy psom uprzęże i wyruszyliśmy w teren. Psy od razu poczuły zew, a ja poczułam, że Lykke to silna zawodniczka! Po raz pierwszy nie wiedziałam, kto kogo wyprowadził na spacer. Werwę i wigor mojej towarzyszki poczułam na swoim ciele nie raz, padając z nóg, gdyż ona wnet wyczuła pismo nosem, że przejmuje kontrolę w tandemie. Po drodze pozbieraliśmy psie buty z tras wycieczek, które w ferworze biegu psy notoryczne gubią.

Psiej przechadzce dodawały czaru otaczające nas widoki śnieżnych bezkresów północy, i z dala tlący się na horyzoncie widok miasta. Zlodowaciały śnieg trzeszczał pod nogami, a ja zważałam na moją psią przewodniczkę i starałam się złapać z nią rytm i nie stracić równowagi:) Dotarliśmy do checkpoint skrzynki, gdzie złożyliśmy podpisy (nie zapominając o 3 psich spacerowiczach) i udaliśmy się do farmy, by zacząć przygotowania do wycieczki.

Z ogromnym entuzjazmem zebraliśmy się by pomóc Natalii i reszcie zespołu przysposobić zaprzęgi i ruszyć w drogę. W przygotowaniu wycieczki istotna jest przemyślana logistyka i odpowiednie zrekrutowanie sani. Przeważnie sanie ciągną 5 do 6 psów, a to uzależnione jest od wagi turystów i warunków na trasie wycieczki. Jeśli na trasie jest lód, to zaprzęg jest tak komponowany, żeby nie był najmocniejszy. Z kolei jak jest gruby śnieg to potrzeba silniejszych teamów. Zaprzęg prowadzą suki, motywując panów z tyłu do biegu:) Jest to więc zorganizowane zgodnie z prawami natury. Psi skowyt, rozpoczynający się w momencie, gdy psy przypięte do sań dostrzegą już grupkę turystów z zapalonymi czołówkami, zwiastującymi start wycieczki, nie sugeruje, by psy miały kłopot z motywacją. Ta kanonada psiego szczeku dzwoni mi w uszach po dziś dzień, wywołując uśmiech!

Dzielnie zabieramy się do przeprowadzania psów z strefy bud i wypoczynku, zakładając im uprzęże i przypinając do odpowiednich sań. Następną czynności było zakładanie bucików na tylne łapy. Nie mogłam wyjść ze zdziwienia. jak nie napotykałam na krztę sprzeciwu zakładając bucik na psią łapę i solidnie je mocując. Psy wykazywały ogromne zaufanie do obcego człowieka. Husky daje sobie zrobić wszystko wg hasła, rób ze mną co chcesz, ja tu zaraz biegnę! Buty były już na łapach, równocześnie rozpoczynał się rejwach i niepokój, wręcz ekscytacja. Psy kręciły się, poszczekiwały, grzebały i kopały w miejscu, tarzały się w śniegu, ukazując swoją radość i zniecierpliwienie, kiedy zacznie się wycieczka! Wreszcie ujrzeliśmy prawdziwą naturę husky – pragnienie by pruć do przodu i biec jak oszalałe!

Nie było na co czekać, sanie były gotowe, psy zniecierpliwione i nagrzane jak piec by biec! Powoli zachodziło już słońce, a turyści, którzy dotarli z centrum Tromsø busikiem firmowym, odbyli krótki instruktaż szkoleniowy od doświadczonego zespołu. Zwarci i gotowi, powoli witali się z psami i zajmowali swoje sanie. Nam trafił się mocny skład, dostaliśmy ostatnie sanie, zamykające całą wycieczkę. Natalia także i nam przedstawiła krótki instruktarz działania. Zasady prowadzenia zaprzęgu nie są trudne. Cały sęk tkwi w balansowaniu i rozkładaniu ciężaru ciała, co umożliwia manewrowania i skręcanie oraz na użyciu hamulca, który znajduje się między płozami. Po słowach Natalii wszystko wydawało się proste… W praktyce stojąc na płozach i mając w swoich rękach wodze sań, okazuje się że to wymaga siły i niemałego wysiłku. Sanie prowadziliśmy na zmianę, co było bardzo sensowne, bo prowadząc na zakładkę, była chwila by odsapnąć i napawać się przyjemnością jazdy. Sama trasa liczyła sobie około 20 km, co trwało około 1,5h. Po wspaniałej przejażdżce, w namiotach Samów czekała na uczestników gorąca herbata, kawa i pyszne ciasto czekoladowe, by odzyskać energie:) Cały dzień zafundował nam tyle wrażeń, uchichrane wysmagane wiatrem i mrozem buzie wróciły szczęśliwe do domu. Niestety z samej przejażdżki nie mam zbyt wielu zdjęć, emocje i przeżywanie chwili, wysiłek włożony w prowadzenie sań (walka, by ich nie wywrócić, co nam się udało przez całą trasę) sprawiły, że nie mieliśmy chwili by sięgnąć po aparat.

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *