Iran

Iran wschodni, dlaczego warto tam pojechać?

Wschód Iranu bardzo często pozostaje pomijany przez turystów. Może tylko za wyjątkiem Meszedu, który jest sakralną stolicą z mauzoleum Imama Rezy. Wschód kraju cieszy się mniejszą popularnością prawdopodobnie z powodu niestabilnych sąsiadów, czyli Afganistanu i Pakistanu. My również studiując mapę, nie braliśmy go pod uwagę. Sprawy jednak nabrały zupełnie innego obrotu podczas pobytu na Keszmie u serdecznego Irańczyka, o imieniu S. To właśnie od niego usłyszeliśmy wiele dobrych słów o jego rodzinnym mieście Kerman i samej prowincji. Kerman oraz znajdująca się w tym regionie pustynia Kalut musiała się znaleźć na naszej trasie. 

Znowu naturalnie trafiliśmy w polecane, irańskie ręce. Nasz kolega S. zadzwonił do swojego znajomego – Eda, który jest przewodnikiem w Kerman, by nas z nim umówić. Zgodnie ze spontaniczną decyzją, z Shirazu zamiast na północ mieliśmy udać się na wschód. Wsiedliśmy w nocny autobus linii VIP do Kerman. Umówiliśmy się z Edem, że odbierze nas nad ranem z dworca. Ed już przez telefon sprawiał wrażenie osoby niezwykle serdecznej, doskonale władał angielskim i był niesamowicie miły. Podpytał dyskretnie czy będziemy rano głodni. Przytaknęłam subtelnie, by nie fatygować zbytnio naszego przewodnika.

Po całej nocy w super komfortowych warunkach, które zapewniają autokary VIP w Iranie, wysiedliśmy z lekkim opóźnieniem na dworcu koło godziny 7. Ed był elegancko ubrany, w idealnie wyprasowanej koszuli, spodniach w kant i pantoflach, czekał już na nas od…. 6 rano. Umawialiśmy się na 6:30, byśmy to my w razie opóźnień zaczekali, Ed już na starcie nas za’taroffował! Przedstawił nam się i od razu przyznał, że na pewno jesteśmy głodni, ale ze względu na trwający ramadan, nie może przygotować śniadania w mieście, za co mocno nas przepraszał. Zaproponował posiłek w formie pikniku poza miastem. Odjechaliśmy od miejskich zabudowań i zatrzymaliśmy się przy drodze, nieopodal małego strumienia. Wyciągnęliśmy kocyk, Ed podszedł do auta i powiedział, że przygotował nam małe śniadanie. Przed naszymi oczami ukazał się cały bagażnik prowiantu. Od jajek, świeżego chleba, serków i jogurtów w różnych wersjach smakowych (nie mógł przecież przewidzieć jakie są nasze upodobania czy ograniczenia zdrowotne), ciastek i słodyczy, po mleczka w kartoniku, soki i arbuza. Jak to zobaczyłam, to w głowie przebiegła mi myśl, że śniadań byśmy mogli mieć na cały tydzień! Do tego Ed pochwalił nam się, że zrobił dla nas cały termos jego ulubionej herbaty ziołowej, którą sam skrupulatnie komponuje. Szczęki nam opadły, a oczu nie wiedzieliśmy, gdzie podziać. Ten człowiek pomyślał o wszystkim i powalił nas swoją gościnnością!

Piknik poza miastem

Po pysznym śniadaniu, gotowi byliśmy rozpocząć zwiedzanie. Na zobaczenie pustyni Kalut najarani byliśmy niesamowicie i cieszyliśmy się jak szczeniaki, Ed uspokajał nas i zapewniał, że dotrzemy i tam, ale dopiero bliżej zachodu słońca. W ciągu dnia nie ma szans, by tam wytrwać o tej porze roku (był to koniec maja). Do tego czasu, Ed zaplanował nam kilka atrakcji, po których będziemy kierować się ku wielkiemu gorącu:) 

Zamek w Rajen

Pierwszą zaplanowaną atrakcją była twierdza w mieście Rajen, znajdująca się ok. 100 km od Kerman. Samo miasteczko położone jest u podnóży góry Hezar (4420 m), która widać nawet na zdjęciach. Twierdza należy do najlepiej zachowanych tego typu obiektów w Iranie, zaraz po twierdzy w Bam, którą niestety częściowo zniszczyło trzęsienie ziemie 2003 r. Cytadela niegdyś stanowiła bardzo ważny punkt na szlaku handlowym. Tak naprawdę to głównie z Edem, mieliśmy okazję zaznać tradycyjnego zwiedzania i przyjrzeć się jak Irańczycy podchodzą do swojego dziedzictwa kulturowego. Otóż traktują je bardzo luźno. Brakuje zabezpieczeń, bardzo często turysta niemal wszędzie może wejść. Przyzwyczajeni do europejskich standardów, gdzie wszystko jest za szybką, a turyści mogą oglądać tylko dane części, skrzydła budowli, tu byliśmy w totalnym szoku! Całego ogromnego obiektu pilnował jeden pan bileter w kasie przy wejściach. Ed oprowadził nas po labiryncie uliczek cytadeli jak rasowy przewodnik. Przeszliśmy przez izby, zobaczyliśmy pierwszy karawanseraj, których nie brakuje w Iranie (dom zajezdny dla karawan z pomieszczeniami dla podróżnych, magazynami na towary, typowy dla krajów arabskich i właśnie Persji). Wreszcie za namową Eda wdrapaliśmy się na fortyfikację, by zerknąć z góry na miasto-twierdzę. 

Upał doskwierał nam niemiłosiernie. Dla mnie najgorsza do zniesienia była podróż autem, która jeszcze bardziej napromieniowywało się od słońca. Ed, co chwila pytał i badał nasze samopoczucie i widział, że zmagamy się mocno z upałem. Zaproponował więc, że skręcimy nieco z trasy i pojedziemy pod niewielki wodospad i tam zrobimy małą przerwę na herbatę. Z pustynnego, suchego jak pieprz klimatu, wjechaliśmy trochę wyżej w sąsiadujące pasma górskie Wysiedliśmy z auta i wzięliśmy oddech rześkim powietrzem. Przejechaliśmy jakieś kilkanaście kilometrów, wyjeżdżając z 40-stopniowego upału, zastaliśmy na miejscu górskie powietrze, przyjemny wiaterek i odczuwalne jakieś 20 stopni Celsjusza. Byliśmy od razu zaczarowani tym miejscem, rozbiliśmy piknik nieopodal strumienia i zaraz potem ruszyliśmy w stronę wodospadu. Po drodze napotykaliśmy wiele irańskich rodzin z rozbitymi biwakami. 

Ogród Shazdeh koło Mahan

Kolejnym z punktów wycieczki były perskie ogrody w Mahan, które znalazły się na liście UNESCO. Podczas pobytu w Iranie, nasze nogi bardzo często docierały do zielonych przestrzeni. Warto przyjrzeć się bliżej tym obiektom, gdyż dla Irańczyków zieleń i roślinność znaczą wiele. Dlatego też, soczyste zielone ogrody pośród pustynnych terenów to wcale nie ewenement. Irańczycy szukają tam schronienia przed upałem oraz odpoczynku. W każdym z ogrodów, spotykaliśmy dzikie tłumy, rodziny z dziećmi czy grzecznie randkujące pary. Gdzie się nie obejrzeliśmy, Irańczycy fotografowali się na tle kwiatów. Tak było też w przypadku tego niezwykłego parku zieleni. Perskie ogrody zgodnie z tradycją otoczone są murem, nie ma w nich przepychu, za to rządzi tam geometria. Wśród kwiatów, krzewów zawsze słyszalny jest szmer wody, wydobywającej się z kaskadowej fontanny, ciągnącej się w wzdłuż ogrodów. Najlepiej jeszcze, gdy pośród tej zieleni świergoli słowik czy inny ptaszek. W parku zasiedzieliśmy się także w tamtejszej restauracji, by zaspokoić głód i bez żadnych przeszkód ruszać już w kierunku najgorętszego miejsca na ziemi

KaLUT, czyli najgorętsze miejsce na Ziemi

Po wizycie w ogrodach, cali podekscytowani wskoczyliśmy do auta, wyczekując ostatniego i najważniejszego dla nas punktu wycieczki, czyli pustyni Kalut. Czekała nas jeszcze wcale nie krótka podróż, by tam dotrzeć. Ed próbował na każdym kroku nas na to przygotować. Starał się nam uzmysłowić, że z każdym przejechanym kilometrem, będziemy odczuwali wzrost temperatury powietrza. Z początku czułam się trochę jakby traktował nas jak dzieci, ale z upływem drogi, było dosłownie tak, jak Ed nam zapowiadał! W pewnym momencie, poprosił byśmy rozejrzeli się i dostrzegli ostatnie ślady roślinności, karłowate drzewka, które raczej dokonywały żywota, przegrywając ze śmiercionośną temperaturą. Dalej nie będzie już niczego – stwierdził Ed. Irańczyk z ogromną pokorą podchodził do pustyni, doskonale zdając sobie sprawę z zagrożeń. Dawid nie wytrzymał ekscytacji i wreszcie zapytał jak bardzo gorąco będzie na miejscu. Ed odwrócił się i rzekł, że będzie tak gorąco, jakby ktoś nam rozgrzaną patelnię przystawił do twarzy. Drzewka zniknęły z horyzontu, słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a my odczuwaliśmy potęgujące się ciepło. Jadąc w kierunku pustyni Kalut, nie minęło nas ani jedno auto. Fakt, że byliśmy kompletnie sami, odcięci, bez zasięgu i możliwości wykonania telefonu, zaniepokoił całą trójkę. Ed potwierdził nam, że o tej porze roku Irańczyk prędzej zapuści się, gdzie pieprz rośnie, niż przyjedzie na pustynię. Wtem zjeżdżamy z drogi, Ed oznajmia, że jesteśmy u celu. Gdy wysiedliśmy z auta, poczuliśmy się, jakby ktoś podstawił nam gorącą patelnię pod nos! Naszym oczom ukazał się bezkres pustyni, przeplatany nieregularnymi, poszarpanymi piaskowymi formacjami. Ed ledwo zdążył nas ostrzec, byśmy nie oddalali się zbyt daleko, my już popędziliśmy eksplorować miejsce, na które tak bardzo czekaliśmy. Wdrapywaliśmy się na olbrzymie piaskowe ostańce i krzyczeliśmy jak dzieciaki!

Tymczasem gdy my mieliśmy olbrzymią frajdę, Ed robił się nerwowy. Niecierpliwie rozglądał się wokół drogi z nadzieją, że jakiś pojazd nadjedzie i że nie będziemy tu jedyni. Irańczyk obawiał się o nasze bezpieczeństwo i czuł się za nas odpowiedzialny. Opowiadał nam, że nigdy wcześniej nie był tu kompletnie sam. W środku sezonu, a więc zimą, docierają tu tłumy, obwoźni drobni handlarze, wielbłądy i inne atrakcje. Uprzedził nas, że jeżeli w najbliższych minutach nie zjawi się tu inne auto, zawracamy, gdyż on nie czuje się tu komfortowo z nami. Szczęśliwie po kilku minutach, nadjechała druga osobówka. Mogliśmy więc dalej delektować się chwilą. Tradycyjnie po krótkim spacerze, nacieszeniu się tym cudem natury, rozbiliśmy piknik i zajadaliśmy soczystego arbuza przy zachodzie słońca.

Nie było mowy o przedłużaniu pobytu. Gdy tylko słońce zaczynało znikać za horyzontem, byliśmy już w aucie i ruszaliśmy z powrotem. Jeszcze przed przyjazdem, mieliśmy wizję noclegu na pustyni. Ed szybko ukrócił nasze mrzonki. Nie ma mowy, to zbyt niebezpieczne (oczywiście przekazał nam to turbo grzecznie, sugerując, że nie jest to najbezpieczniejszy pomysł). Nie chcieliśmy jednak wracać z powrotem te 200 km do Kerman, a przede wszystkim narażać Eda na dalszą jazdę po całym dniu. Kompromisem miało być znalezienie najbliższej zorganizowanej kwatery, ale nadal na pustyni. Trafiliśmy więc na Eco farmę (LUT Eco Camp) na pustyni. Zapukaliśmy w bramę i otworzył nam mężczyzna z gromadką dzieci. Ed szybko rozmówił się z nim i przedstawił nasze oczekiwania. Zobaczyliśmy domki, poprosiliśmy o taki sam dla naszego przewodnika i podjęliśmy decyzję, że zostajemy. Znowu byliśmy jedynymi gośćmi w całym przybytku. Ed był równie zafascynowany tym miejscem jak i my, więc cisnął mężczyznę kolejnymi pytaniami. Ten zaczął opowiadać więcej szczegółów. Dowiedzieliśmy się m.in. skąd pobierają na farmie wodę. Ed na bieżąco tłumaczył i dopowiadał od siebie. Po raz pierwszy usłyszeliśmy o kanatach, czyli starożytnych systemach nawadniających tereny pustynne. Kanaty to systemy podziemnych kanałów wodnych, doprowadzających wodę do terenów miejskich i rolniczych, stworzone za pomocą ludzkich rąk. Gospodarz zaproponował, że nam je pokaże. Wyszliśmy więc poza teren obiektu i zeszliśmy po schodach do jamy! Stopień po stopniu, schodziliśmy pod ziemię! Było tam chłodno i wilgotno… czyli były to idealne warunki mieszkalne dla… karaluchów. Biegały jak opętane! Poszliśmy kawałek tunelami, którymi środkiem płynęła woda. Daliśmy susa przez wodę i przeszliśmy jeszcze kawałek. Ta technologia przeszła próbę czasu! Byliśmy pod ogromnym wrażeniem, że w Iranie wciąż korzysta się z wynalazków starożytnych Persów. W głowie nam się nie mieściło, że te wszystkie podziemne korytarze stworzyły ludzkie mięśnie. Wyszliśmy z kanatów porażeni! Po całym dniu wrażeń, czekało na nas rozgwiażdżone niebo! Ed pogonił gospodarza, by pogasił wszelkie światła i przyniósł nam wygodne krzesełka, by zadrzeć głowę i podziwiać!

Lut Eco Camp

Kerman

Następnego dnia, wracaliśmy do Kerman. Ed z ogromną ochotą chciał nam pokazać swoje miasto. Po dniu pełnym wrażeń, daliśmy mu do zrozumienia, że dziś możemy trochę przystopować ze zwiedzaniem. Ed okroił więc plan, zabrał nas tylko do najciekawszych punktów. Jednym z nich było kolejne osiągnięcie Persów. Zeszliśmy kamiennymi schodami do ab anbaru, czyli ogromnej podziemnej cysterny, która służyła do magazynowania wody. Perskie wynalazki technologiczne robiły na nas ogromne wrażenie i z zaciekawieniem słuchaliśmy opowieści Eda. Ab anbary, kanaty oraz badgiry (łapacze wiatrów, czyli w skrócie starożytna klimatyzacja) są wciąż w użytku w suchym i ciepłym klimacie. Spotkacie je w wszystkich miastach pustynnych takich jak Kerman, Jazd czy Kaszan.

Ed pokazał nam jeszcze jeden z perskich wynalazków – Jahczal-e Mo-ajedi. Ogromna budowla przypominała wyglądem trochę ul, a okazała się ogromną chłodziarką… Jahczale służyły niegdyś do przechowywania lodu. Nad ziemią znajdowała się kopuła, do której wpadało powietrze przez szczeliny, i kolejno trafiało do przestrzeni pod ziemią, gdzie wytwarzano i magazynowano lodu. Obecnie w górnej części mieści się kameralne muzeum z kamiennym eksponatami z dynastii Safawidów. Znów zdziwiliśmy z jakim dystansem i luzem Irańczycy podchodzą do swoich zabytków. Żaden z eksponatów nie był dobrze zabezpieczony.

Po krótkim zwiedzaniu, poprosiliśmy Eda byśmy zaczęli szukać dogodnego miejsca na obiad. Ed tak jak wszystkim bardzo się przejmował i chciał zabrać nas do bezpiecznej knajpy 🙂 Wybrał miejsce o typowym irańskim klimacie, dużej ilości zieleni i z ćwierkającymi kanarkami. Przy dywanie sąsiądującym z nami, urodziny celebrowało kilka roześmianych nastolatek. Grupka młodych kobiet, a ja wciąż łaknęłam jakichkolwiek interakcji z kobietami, gdyż wszędzie towarzyszyli nam głównie mężczyźni. Wystarczył kontakt wzrokowy i uśmiech, poderwaliśmy się z Dawidem, by zaśpiewać młodziutkiej jubilatce sto lat! W geście wdzięczności, otrzymaliśmy pokaźny kawał tortu! Jednak na bliższe spotkanie i rozmowę z Irankami musiałam jeszcze poczekać… W restauracji samo jedzenie zeszło na drugi plan, gdyż jak już wcześniej się przekonaliśmy, Ed był wybitnym rozmówcą. Obiad stał się pretekstem i dodatkiem do kilkugodzinnym konwersacji o życiu, rzeczywistości, perspektywach. Oparci o miękkie poduszki tzw. puszti, zasiedzieliśmy się na dywanie i nie wiadomo, kiedy upłynęło nam pół dnia. Ed otworzył się przed nami, opowiedział nam o swojej emigracji, zdobywaniu wykształcenia i karierze za Oceanem oraz o powrocie do swojej ojczyzny. Szkoda było nam wstawać i opuszczać ten lokal, wiedząc też, że to nasz ostatni wspólny dzień z tym niezwykłym człowiekiem…

Kawałek tortu…


Na sam koniec naszej cudownej wycieczki, Ed pokazał nam jeszcze świątynie ognia Zaratuszrian. Zaratusztrianizm to najstarsza objawiona religia świata, u której podstaw leżą dobre myśli, dobre słowa oraz dobre czyny, o których przypomina symbol tego wyzwania, czyli Farawahar. Zaratusztrianie nazywani są także czcicielami ognia, który podtrzymują w swoich świątyniach od lat. Odwiedzając ich świątynie w Kerman, byliśmy ogromnie zaskoczeni skromnym wnętrzem oraz otwartością duchownego opiekującego się tym miejsce, który chętnie opowiadał nam o swojej religii za pośrednictwem tłumaczeń Eda.

Wnętrza Świątyni Ognia. Farawahar widoczny z lewym górnym rogu.

Kaluty, kanaty, karaluchy, niebo pełne gwiazd i cudowny Ed, który z ogromnym sercem i zaangażowaniem pokazał nam swoje rodzinne ziemie. Tak zapamiętamy Wschód Iranu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *