Iran,  Wojaże

Hormuz – irańska wyspa kolorów

Po pozytywnych wrażeniach, jakie wywarł na nas Keszm, postanowiliśmy dalej zapuścić się na kolejną z wysp. Nie mieliśmy dokładnego planu, jednak będąc w samej Zatoce Perskiej usłyszeliśmy tyle dobrych słów o wyspie Hormuz. Każdy, zarówno z miejscowych czy turystów, zdecydowanie wskazywał nam ten kierunek. Główne słowa klucze, które powtarzały się wśród naszych rozmówców to były kolory, kolory i jeszcze raz kolory, a i jeszcze: przyroda, jaskinie, skały, natura… 

Nasz wypad na Hormuz zorganizowaliśmy, dzięki naszemu mega serdecznemu koledze S., którego poznaliśmy na Keszmie. Gdy tylko podjęliśmy decyzję, że chcemy płynąć jutro, obdzwonił wszystkich znajomych i załatwił nam lokum. S. poruszył jeszcze kwestię transportu na wyspie, który ogranicza się do dwóch opcji: tuk-tuk bądź niewielki motocykl. Dawida oczy się zaświeciły i oczywiście padła odpowiedź: ,,bierzemy moto!’’. Nazajutrz o świcie płynęliśmy już małym promem z Keszmu na Hormuz!

Hormuz to najmniejsza z trzech irańskich wysp Zatoki Perskiej. Jej powierzchnia liczy zaledwie 42 km2. Jest także najbardziej dzika i najmniej zaludniona. Duża wilgotność powietrza oraz brak opadów przyczynia się do tego, że cały rezerwuar wody znajdującej się na wyspie jest słony. Stąd też słodka woda dla mieszkańców doprowadzana jest wodociągiem z Bandar Abbasu. Jednak to, co przyciąga podróżników, to jej różnorodność. Wyspa słynie ze swoich walorów geologicznych, tj, skał osadowych oraz materiału wulkanicznego. Na Hormuz popłynęliśmy więc podziwiać jej naturalny walory.

Gdy wysiedliśmy z promu, ujrzeliśmy gromadę mężczyzn siedzących na kolorowych tuk-tukach i motocyklach wielkości naszej dobrej starej MZTy (oczywiście kasków brak).  Niestety po sezonie, wysiadła ledwie garstka turystów, którzy dla lokalnych stanowią często główne źródło dochodu. W porcie czekał już na nas znajomy naszego znajomego S., który miał nam wynająć kwaterę oraz wypożyczyć motocykl (o cenach wspomniałam w praktycznym poście). Dawid już przebierał nogami, by odpalić tego ‘potwora’ na dwóch kołach marki Honda, a ja zastanawiałam się, co zrobimy z naszym dobytkiem. Dwa plecaki na moto to średnio wygodna opcja, też tak musiał pomyśleć nasz gospodarz, gdyż od razu zaproponował, że zabierze plecaki i zawiezie je do naszego lokum. Bez namysłu, obdarzyliśmy go zaufaniem i po chwili nasz dobytek odjechał (sic!). Żar lał się z nieba, więc kapelusz zamiast kasku i pora na turę po wyspie.

Po pierwszych testach sprzętu.
Pierwsza próba wejścia na plażę.

Odjechaliśmy ledwie kawałek od miasta, a już przed oczami rozpościerała się piękna i totalnie pusta plaża. W ramadanie, Irańczycy stronią od morskich kąpieli, co dla nas było niemal gwarancją poczucia prywatności. Dla przypomnienia, kobiety w Iranie mogą kąpać się wyłącznie w ubraniu. Z kąpieli miał więc skorzystać Dawid, choć mnie niezmiernie korciło wbiec do wody. Wspominałam już, że w Iranie nigdy nie jesteś sam! Tylko zdążyliśmy rozłożyć kocyk, zza krzaków na moto nadjechał Irańczyk. Chłopak, który przedstawił się jako Amid, prostymi słowami wytłumaczył nam, że tu nie jest bezpiecznie, w każdej chwili może podjechać policja i będziemy mieć nieprzyjemności. Chłopak jednak nie chciał nas tak pozostawić bez rozwiązania i zaproponował, że pokaże nam odludne, bezpiecznie miejsce, gdzie będziemy mogli popływać. Znowu zaufaliśmy losowi i pojechaliśmy za młodzieńcem. Irańczyk zabrał nas do swojej miejscówki, iście prywatnej oazy. W zacienionym miejscu, między drzewami rozpostarte były hamaki, a styropianowe pudła służyły za pufy. Amid niestety nie mówił płynnie po angielsku, a komunikację z nim usprawniał nam googletranslate w trybie offline:) Dzięki temu, dowiedzieliśmy się, że Amid w swojej oazie spędził ostatnie trzy lata w trybie cisza, spokój i haszysz.. Po kąpieli i krótkiej konwersacji, pożegnaliśmy Amida i ruszyliśmy dalej eksplorować wyspę.

Zaciszna miejscówka Amida.

Ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża i już po kilku minutach krajobraz zaczął się zmieniać. Przed nami rozpościerały się niewysokie górskie pasma w różnych kolorach czerwieni, pomarańczy, ochry, żółtego. Byliśmy kompletnie sami, co było zarówno intrygujące, jak również przyprawiło nas o mały dreszczyk emocji. Zrobiliśmy sobie popas na jednym z przydrożnych punktów widokowych, moto zostawiliśmy pod specjalną wiatą, pod którą nota bene dało się łagodniej znieść upały, i pomaszerowaliśmy bliżej czerwonych skał. Czerwona ziemia, po której stąpaliśmy mieniła się w oczach. Jak się później dowiedzieliśmy, ta czerwona gleba (ir. gelak) jest najcenniejszym skarbem wyspy, wykorzystywanym jako surowiec eksportowy. Bogata w minerały, a co najważniejsze całkowicie jadalna służy jako przyprawa do ryb, chleba czy dodatek do dżemów rybnych i sosów. Gelak wykorzystywany jest również w malarstwie i przemyśle ceramicznym. 

Takie widoki mijaliśmy na moto.
Taak się Dawidowi podobało!
Formacje z bliska.

Kolejnym zaplanowanym punktem na wyspie była czerwona plaża (ang. Red Beach). Dotarliśmy tam niestety w porze przypływu, przez co nie mogliśmy ujrzeć jej w pełni, jednak mimo to warto było zjechać z klifów na czerwone piaski. Wielością kolorów na wyspie nie sposób nacieszyć oczu. 

Droga na Czerwoną Plażę.
Mimo przypływu, plaża i tak robiła wrażenie.

Po kilku godzinach jazdy po wyspie, na sam koniec postanowiliśmy zobaczyć solną jaskinię, o której tak wiele słyszeliśmy od miejscowych. Jaskinia ściąga wszelkich wielbicieli skalnych formacji. W jej wnętrzu można podziwiać stalaktyty, solne nawisy mieniące się w różnych metalicznych odcieniach. Udaliśmy się więc zgodnie ze wskazówkami aplikacji maps.me. Mimo to, wcale nie tak łatwo było ją znaleźć (maps.me wymiękał). Krążyliśmy oboje dobry kwadrans wokół pinezki na mapie, nim wreszcie na nią natrafiliśmy. Upał z nami wygrał i daliśmy już za wygraną. Brak czołówki oraz moja wizja nietoperzastych mieszkańców w moich włosach nas również od tego odwiodły. Styrani temperaturą udaliśmy się na siestę i wskazaną kąpiel do naszej kwatery! Cali byliśmy umorusani czerwoną ziemią.

Na Hormuz zdecydowanie przyjeżdża się dla widoków. Mieliśmy ogromną frajdę z samego objazdu wyspy, gdy wzrok uciekał z lewa na prawo, by nadążać za percepcją całej gamy kolorów. Gdy zwracaliśmy się na lewo były czerwono ceglaste skały, a na prawo w odcieniach bieli i szarości. Przejażdżka przez Tęczową Dolinę (Raibnow Valley) to była eksplozja kolorów. Spiczaste, nieregularne formy skalne, pagórki w odcieniach czerwieni, niebieskiego, fioletu po żółty, a do tego czerwona mieniąca się ziemia. To miejsce to spełniony sen geologów i miejsce do czerpania inspiracji dla wszelkiej maści artystów. 

Wieczorem, kiedy wreszcie głód o sobie przypomniał, wyruszyliśmy w okolicę w poszukiwaniach jakiejś knajpki. Podążając za poleceniami mieszkańców oraz przewodników, planowaliśmy wybrać się do Cafe Gelak, by spróbować lokalnych dań rybnych i owoców morza, koniecznie z dodatkiem jadalnej czerwonej gleby. Jednak ze względu na przypadające święto religijne, lokal był nieczynny. Krążyliśmy więc pytając ludzi, czy jest gdzieś szansa na ciepły posiłek. Zgodził nam się pomóc pewien młody i przeraźliwie chudy kierowca tuk-tuka. Zaproponował nam, że nas zabierze na swoim moto przybytku i znajdzie nam otwarty lokal. Zapakowaliśmy się na przejażdżkę w pełni iranian style! Dawid przezornie puścił mnie przed siebie na motorze, więc jechaliśmy we trójkę na małym moto w konstelacji pan Tuk Tuk -> ja -> Dawid (już na metalowym bagażniku), aż nagle Pan Tuk-Tuk zatrzymuje się, odwraca i tłumaczy nam wskazując na mnie ‘’You after me, NO! Police!!!’’. Nie przemyśleliśmy kolejności miejsc na motocyklu, a on jako Irańczyk nie mógł siedzieć bezpośrednio koło obcej kobiety, czyli mnie. Nastąpiła więc szybka podmianka miejsc. Pan Tuk Tuk-> Dawid z nogami ciągnącymi się po ziemi -> i ja na metalowym bagażniku. Irańczyk po kilku nietrafionych miejscach, znalazł kuchnię, w której ugotowali nam coś ciepłego i pysznego. Szczęśliwie były to krewetki! I szczęśliwie przeżyliśmy tą przejażdżkę.

Po całym dniu i wreszcie upolowanym jedzonku.

Nazajutrz postanowiliśmy wrócić do oazy Amida i pocieszyć się jeszcze kąpielą. Upewniliśmy się w porcie, co do godzin odpływu promów na stały ląd i przed samym wyjazdem objechaliśmy jeszcze miasteczko portowe, które powoli zaczyna wykorzystywać swój turystyczny potencjał. Minęliśmy portugalską twierdzę, będącą pozostałością po ich pobycie za czasów wielkich kolonii, oraz budująca się nadmorską promenadę.

Śniadanie po irańsku
Nasza kwatera. Kiedyś był to sklep.
Nasze lokum. Dywan, kocyki i klima. Cóż więcej potrzeba.
Promenada.
Takich jak ten czerwony tuk-tuk, aż roi się na wyspie.
W porcie.

Hormuz to wyspa tysiąca barw i kolorów. Stanowi KONIECZNY punkt na trasie wszelkich wielbicieli natury. Ciężko jest w piśmie przekazać atuty tego miejsca, także przewiduję, że tym razem obrazy przemówią do Was skuteczniej niż słowa….

‘’Jeśli świat jest złotym pierścieniem, to wyspa Hormuz jest klejnotem we wnętrzu tego pierścienia”   

Ten cytat rzekomo przypisuje się Marco Polo (arabskie przysłowie)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *